Schulz | Sklepy cynamonowe | E-Book | www2.sack.de
E-Book

E-Book, Polish, 96 Seiten

Schulz Sklepy cynamonowe


1. Auflage 2014
ISBN: 978-83-7903-041-5
Verlag: Ktoczyta.pl
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark

E-Book, Polish, 96 Seiten

ISBN: 978-83-7903-041-5
Verlag: Ktoczyta.pl
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark



' Sklepy cynamonowe ' to opowiesc o rodzinie kupieckiej z malego miasteczka w Galicji, w którym mozna dostrzec pewne podobienstwa do Drohobycza, z którego pochodzil pisarz. Jedna z najwazniejszych postaci w utworze jest Ojciec, glowa rodu, kupiec prowadzacy sklep z tekstyliami w rynku. Ojciec jest tez szalonym eksperymentatorem, zyjacym na pograniczu zycia i smierci, swiata realnego i nierzeczywistego. Bohaterem opowiadan, a zarazem narratorem, jest Józef - mlody chlopiec, z dziecieca fascynacja odkrywajacy otaczajacy go swiat. W opowiesciach chlopca mozna dostrzec cechy samego Schulza. Opowiesc jest klasycznym obrazem Schulzowskiego sposobu widzenia rzeczywistosci, nierzadko wizyjnego, onirycznego. Jest to wiec rzeczywistosc mityczna, przetworzone przez wyobraznie, artystycznie zdeformowana i wzbogacona odniesieniami do mitów, aluzjami do innych dziel literatury.

Schulz Sklepy cynamonowe jetzt bestellen!

Autoren/Hrsg.


Weitere Infos & Material


Sierpien 1   W lipcu ojciec mój wyjezdzal do wód i zostawial mnie z matka i starszym bratem na pastwe bialych od zaru i oszolamiajacych dni letnich. Wertowalismy, odurzeni swiatlem, w tej wielkiej ksiedze wakacji, której wszystkie karty palaly od blasku i mialy na dnie slodki do omdlenia miazsz zlotych gruszek.       Adela wracala w swietliste poranki, jak Pomona z ognia dnia rozzagwionego, wysypujac z koszyka barwna urode slonca – lsniace, pelne wody pod przejrzysta skórka czeresnie, tajemnicze, czarne wisnie, których won przekraczala to, co ziszczalo sie w smaku; morele, w których miazszu zlotym byl rdzen dlugich popoludni; a obok tej czystej poezji owoców wyladowywala nabrzmiale sila i pozywnoscia platy miesa z klawiatura zeber cielecych, wodorosty jarzyn, niby zabite glowonogi i meduzy – surowy material obiadu o smaku jeszcze nieuformowanym i jalowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i polnym.       Przez ciemne mieszkanie na pierwszym pietrze kamienicy w rynku przechodzilo co dzien na wskros cale wielkie lato: cisza drgajacych slojów powietrznych, kwadraty blasku sniace zarliwy swój sen na podlodze; melodia katarynki, dobyta z najglebszej zlotej zyly dnia; dwa, trzy takty refrenu, granego gdzies na fortepianie, wciaz na nowo, mdlejace w sloncu na bialych trotuarach, zagubione w ogniu dnia glebokiego. Po sprzataniu Adela zapuszczala cien na pokoje, zasuwajac plócienne story. Wtedy barwy schodzily o oktawe glebiej, pokój napelnial sie cieniem, jakby pograzony w swiatlo glebi morskiej, jeszcze metniej odbity w zielonych zwierciadlach, a caly upal dnia oddychal na storach, lekko falujacych od marzen poludniowej godziny.       W sobotnie popoludnia wychodzilem z matka na spacer. Z pólmroku sieni wstepowalo sie od razu w sloneczna kapiel dnia. Przechodnie, brodzac w zlocie, mieli oczy zmruzone od zaru, jakby zalepione miodem, a podciagnieta górna warga odslaniala im dziasla i zeby. I wszyscy brodzacy w tym dniu zlocistym mieli ów grymas skwaru, jak gdyby slonce nalozylo swym wyznawcom jedna i te sama maske – zlota maske bractwa slonecznego; i wszyscy, którzy szli dzis ulicami, spotykali sie, mijali, starcy i mlodzi, dzieci i kobiety, pozdrawiali sie w przejsciu ta maska, namalowana gruba, zlota farba na twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny – barbarzynska maske kultu poganskiego.       Rynek byl pusty i zólty od zaru, wymieciony z kurzu goracymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrosle z pustki zóltego placu, kipialy nad nim jasnym listowiem, bukietami szlachetnie uczlonkowanych filigranów zielonych, jak drzewa na starych gobelinach. Zdawalo sie, ze te drzewa afektuja wicher, wzburzajac teatralnie swe korony, azeby w patetycznych przegieciach ukazac wytwomosc wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra szlachetnych lisic. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawialy sie refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw, rozproszonymi w glebi kolorowej pogody. Zdawalo sie, ze cale generacje dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijajacy stare fasady z plesni tynku) obtlukiwaly klamliwa glazure, wydobywajac z dnia na dzien wyrazniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomie losu i zycia, które formowalo je od wewnatrz. Teraz okna, oslepione blaskiem pustego placu, spaly; balkony wyznawaly niebu swa pustke; otwarte sienie pachnialy chlodem i winem.       Kupka obdartusów, ocalala w kacie rynku przed plomienna miotla upalu, oblegala kawalek muru, doswiadczajac go wciaz na nowo rzutami guzików i monet, jak gdyby z horoskopu tych metalowych krazków odczytac mozna bylo prawdziwa tajemnice muru, porysowanego hieroglifami rys i pekniec. Zreszta rynek byl pusty. Oczekiwalo sie, ze przed te sien sklepiona z beczkami winiarza podjedzie w cieniu chwiejacych sie akacyj osiolek Samarytanina, prowadzony za uzde, a dwóch pacholków zwlecze troskliwie chorego meza z rozpalonego siodla, azeby go po chlodnych schodach wniesc ostroznie na pachnace szabasem pietro.       Tak wedrowalismy z matka przez dwie sloneczne strony rynku, wodzac nasze zalamane cienie po wszystkich domach, jak po klawiszach. Kwadraty bruku mijaly powoli pod naszymi miekkimi i plaskimi krokami – jedne bladorózowe jak skóra ludzka, inne zlote i sine, wszystkie plaskie, cieple, aksamitne na sloncu, jak jakies twarze sloneczne, zadeptane stopami az do niepoznaki, do blogiej nicosci.       Az wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszlismy w cien apteki. Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowala chlód balsamów, którym kazde cierpienie moglo sie tam ukoic. I po paru jeszcze domach ulica nie mogla juz utrzymac nadal decorum miasta, jak chlop, który wracajac do wsi rodzimej, rozdziewa sie po drodze z miejskiej swej elegancji, zamieniajac sie powoli, w miare zblizania do wsi, w obdartusa wiejskiego.       Przedmiejskie domki tonely wraz z oknami, zapadniete w bujnym i zagmatwanym kwitnieniu malych ogródków. Zapomniane przez wielki dzien, plenily sie bujnie i cicho wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, która przesnic mogly za marginesem czasu, na rubiezach nieskonczonego dnia. Ogromny slonecznik, wydzwigniety na poteznej lodydze i chory na elephantiasis, czekal w zóltej zalobie ostatnich, smutnych dni zywota, uginajac sie pod przerostem potwornej korpulencji. Ale naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe, niewybredne kwiatuszki staly bezradne w swych nakrochmalonych, rózowych i bialych koszulkach, bez zrozumienia dla wielkiej tragedii slonecznika.       2       Splatany gaszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu popoludnia. Huczy rojowiskiem much popoludniowa drzemka ogrodu. Zlote sciernisko krzyczy w sloncu, jak ruda szarancza; w rzesistym deszczu ognia wrzeszcza swierszcze; straki nasion eksploduja cicho, jak koniki polne.       A ku parkanowi kozuch traw podnosi sie wypuklym garbem-pagórem, jak gdyby ogród obrócil sie we snie na druga strone i grube jego, chlopskie bary oddychaja cisza ziemi. Na tych barach ogrodu niechlujna, babska bujnosc sierpnia wyolbrzymiala w gluche zapadliska ogromnych lopuchów, rozpanoszyla sie platami wlochatych blach listnych, wybujalymi ozorami miesistej zieleni. Tam te wylupiaste paluby lopuchów wybaluszyly sie jak babska szeroko rozsiadle, na wpól pozarte przez wlasne oszalale spódnice. Tam sprzedawal ogród za darmo najtansze krupy dzikiego bzu, smierdzaca mydlem, gruba kasze babek, dzika okowite miety i wszelka najgorsza tandete sierpniowa. Ale po drugiej stronie parkanu, za tym matecznikiem lata, w którym rozrosla sie glupota zidiocialych chwastów, bylo smietnisko zaroslo dziko bodiakiem. Nikt nie wiedzial, ze tam wlasnie odprawial sierpien tego lata swoja wielka poganska orgie. Na tym smietnisku, oparte o parkan i zarosniete dzikim bzem, stalo lózko skretynialej dziewczyny Tlui. Tak nazywalismy ja wszyscy. Na kupie smieci i odpadków, starych garnków, pantofli, rumowiska i gruzu stalo zielono pomalowane lózko, podparte zamiast brakujacej nogi dwiema starymi ceglami.       Powietrze nad tym rumowiskiem, zdziczale od zaru, ciete blyskawicami lsniacych much konskich, rozwscieczonych sloncem, trzeszczalo jak od niewidzianych grzechotek, podniecajac do szalu.       Tluja siedzi przykucnieta wsród zóltej poscieli i szmat. Wielka jej glowa jezy sie wiechciem czarnych wlosów. Twarz jej jest kurczliwa jak miech harmonii. Co chwila grymas placzu sklada te harmonie w tysiac poprzecznych fald, a zdziwienie rozciaga ja z powrotem, wygladza faldy, odslania szparki drobnych oczu i wilgotne dziasla z zóltymi zebami pod ryjowata, miesista warga. Mijaja godziny pelne zaru i nudy, podczas których Tluja gaworzy pólglosem, drzemie, zrzedzi z cicha i chrzaka. Muchy obsiadaja nieruchoma gestym rojem. Ale z nagla ta cala kupa brudnych galganów, szmat i strzepów zaczyna poruszac sie, jakby ozywiona chrobotem legnacych sie w niej szczurów. Muchy budza sie sploszone i podnosza wielkim, huczacym rojem, pelnym wscieklego bzykania, blysków i migotan. I podczas gdy galgany zsypuja sie na ziemie i rozbiegaja po smietnisku jak sploszone szczury, wygrzebuje sie z nich, odwija zwolna jadro, wyluszcza sie rdzen smietniska: na wpól naga i ciemna kretynka dzwiga sie powoli i staje, podobna do bozka poganskiego, na krótkich dziecinnych nózkach, a z napecznialej naplywem zlosci szyi, z...



Ihre Fragen, Wünsche oder Anmerkungen
Vorname*
Nachname*
Ihre E-Mail-Adresse*
Kundennr.
Ihre Nachricht*
Lediglich mit * gekennzeichnete Felder sind Pflichtfelder.
Wenn Sie die im Kontaktformular eingegebenen Daten durch Klick auf den nachfolgenden Button übersenden, erklären Sie sich damit einverstanden, dass wir Ihr Angaben für die Beantwortung Ihrer Anfrage verwenden. Selbstverständlich werden Ihre Daten vertraulich behandelt und nicht an Dritte weitergegeben. Sie können der Verwendung Ihrer Daten jederzeit widersprechen. Das Datenhandling bei Sack Fachmedien erklären wir Ihnen in unserer Datenschutzerklärung.