E-Book, Polish, 183 Seiten
Reymont Nowele i opowiadania
1. Auflage 2013
ISBN: 978-83-7903-496-3
Verlag: Ktoczyta.pl
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark
E-Book, Polish, 183 Seiten
ISBN: 978-83-7903-496-3
Verlag: Ktoczyta.pl
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark
Nowele i opowiadania Reymonta rozgrywaja sie zarówno w srodowisku miejskim, jak i wiejskim. Cecha charakterystyczna tych utworów jest polaczenie realistycznie traktowanej tematyki obyczajowej z naturalistyczna obserwacja rzeczywistosci. Autor odtwarza ponury obraz swiata nizin spolecznych, zycia, które poznal z autopsji. Odmalowuje w utworach straszliwa nedze, wyzysk i izolacje spoleczna. W tomie znalazly sie nastepujace utwory: 'Z ziemi chelmskiej', 'Pewnego dnia...', 'Przed switem', 'Suka' oraz 'Tomek Baran'.
Autoren/Hrsg.
Weitere Infos & Material
Z ziemi chelmskiej Pan R. ozywil sie niezmiernie i zawolal: – Alez ja sam bralem udzial w tej ostatniej misji, a tak mi gleboko wyryla sie w pamieci, ze moge panu opowiedziec o niej z najdrobniejszymi szczególami. Poprzedze tylko to opowiadanie pewna, dosyc charakterystyczna scena, zeby pan mial pelniejszy obraz zycia na Unii przed aktem tolerancyjnym. Wielkanoc owego roku wypadala w poczatkach kwietnia razem z prawoslawna. Pamietam, ze w Wielki Piatek od samego rana mzyl deszcz i bylo zimno. Sniegi jeszcze lezaly po rowach, role byly rozmiekle do dna i drogi nie do przebycia. Chodzilem zdenerwowany, bo zanosilo sie na dluzsza pluche, a tu, jakby na dobitke, przychodzi mój kowal i prosi, zeby postac konie po ksiedza, do jego chorej zony. – Co sie stalo? Widzialem ja jeszcze wczoraj przy wieczornym udoju. – Zachorowala w nocy, lezy prawie konajaca! – mówil, trac rekawem oczy. – To idzciez do pani, moze wam co pomoze. – Kiedy sie bojamy, bo moze to ospa. Wystraszylem sie nie na zarty, gdyz na wsi grasowala ospa przez cala zime. – A moze wam sprowadzic doktora? – proponuje mu bardzo serio. Jakby sie zdumial, az gebe otworzyl. Ale naraz rzucil mi sie do nóg, calowal mnie po rekach i belkotal wystraszony. – Dopraszam sie tylko o ksiedza! Doktór nie pomoze! Co tam te doktory. Obejrzy, opuka, zapisze lekarstwo, pieniadze wezmie, a chorobe zostawi. Pan Jezus predzej odmieni na lepsze. Kobieta tylko skamle o ksiedza. Poszedlem zaraz do stajni, zeby wybrac czwórke, bo do parafii mielismy cztery opetane mile i roztopami, ale gdym mijal czworaki, wydalo mi sie, ze dojrzalem kowalowa w glebi sieni, karmiaca prosieta. Powstalem na nia, ze w takiej chorobie wylazi na zimno. Usmiechnela sie jakos dziwnie, zaprosila mnie do izby i, zamknawszy drzwi, powiada mi cicho do ucha: – Musi jasnie pan poslac po ksiedza z Panem Jezusem, koniecznie potrzeba. Mówila z takim naciskiem i oczy jej tak blyszczaly, ze bylem pewny, iz majaczy. – Ja zdrowa jestem, chwala Bogu! – odpowiedziala. – Ale tylko do mnie mozna wezwac ksiedza, bo tylko ja jedna z dwórek jestem prawna katoliczka. – A któz chory? – zaczynalem rozumiec ten podstep. – Na wsi lezy czworo prawie konajacych. Przeciez nie moga umrzec bez swietej spowiedzi, a zapisane w prawoslawne, to ksiedzu nie wolno do nich przyjechac! Maja to cztery niewinne dusze pozostac bez swietych sakramentów? Od tygodnia sie mecza, od tygodnia skonac nie moga, a tylko skamla i skamla o ksiedza! Az strach patrzec i sluchac. To umyslilam sobie: udam chora, Pan Jezus daruje mi to cyganstwo, ksiadz przyjedzie do mnie, a tamtych przyniesa na ten czas do izby i wyspowiadaja sie. Strazniki ani sie domysla. – Chcecie ospe przywlec do chalupy! – krzyknalem na nia. – Bez woli Bozej nikomu wlos z glowy nie spadnie! – odparla powaznie. – Przeciez macie drobne dzieci, moga sie latwo pozarazac! – tlumaczylem. – To juz trudno. Moze Jezus w czem innem okaze nad nami swoje milosierdzie, a tym nieszczesnikom trzeba pomagac. Nie o mala rzecz idzie, o zbawienie dusz czlowiekowych! – dodala z taka moca, ze dalem spokój perswazjom i konie wyslalem. O zmierzchu przywlekli chorych do kowalowej izby i pokladli pokotem na podlodze. Kowalowa powtykala im w garscie pozapalane gromnice, przyklekla w posrodku i bardzo zarliwie modlila sie za konajacych, którzy lezeli nieruchomo, cierpliwie oczekujac na spowiedz, rozgrzeszenie i smierc. Widzialem to na wlasne oczy i nigdy tego nie zapomne. Ksiadz przyjechal póznym wieczorem, a za nim trop w trop straznicy, jak zwykle, aby go pilnowac, zeby czasem nie zaniósl jakiej religijnej pociechy „uporstwujuszczym”. Weszyli przez caly czas pod zaslonietemi oknami, ale nie wyweszyli. Ksiadz przygotowal chorych na smierc i odjechal. Wszyscy ci chorzy pomarli tej samej nocy. A w pare dni potem, umarlo na ospe dwoje dzieci kowalowej. Gorzko zaplacila za swoje milosierdzie, ale przyjela ten cios jakby z uniesieniem szczescia, gdyz zaraz po pogrzebie powiedziala do mojej zony: – Pomarly moje dzieciatka, pomarly... ale swoja smiercia wykupily cztery dusze z wiecznej zatraty! Otóz wkrótce po odjezdzie ksiedza i jego aniolów strózów, gdy sie uspokoilo w domu, poszedlem do swojej kancelarii, a tylko co zapalilem lampe, ktos zapukal w okno i jakas twarz mignela mi za szybami. Wzialem rewolwer i wyszedlem na ganek. Pod drzwiami stal jakis czlowiek. Zajrzal mi z bliska w twarz i szepnal: – Jutro w nocy misja! – Gdzie? – W samo poludnie zajedzie przed karczme wóz w siwego konia. Dwóch chlopów bedzie nim jechalo. Niech sie pan do nich przylaczy, oni zaprowadza. – Skad jestescie? – spytalem go mimo woli. – Z calego swiata! – odpowiedzial bardzo szorstko. Prosilem go usilnie, zeby wszedl do domu i nieco odpoczal. – Nie pora! Musze budzic, które jeszcze spia – rzekl jakims biblijnym tonem. – A czy moge zabrac zone na misje? – Za daleka droga dla dziedziczki. A przy tem kobiecie latwiej umrzec, nizli dochowac sekretu. – Zabieral sie do odejscia. – Zostancie chociaz do switu. Noc ciemna i roztopy. – Znam tu kazdy rów, a kto z dobra nowina spieszy, nie zbladzi! Spóznilem sie juz, bo czekalem, az odjada straznicy i ksiadz. – Ale proboszcz bedzie na misji? – To nie nasz, to tylko taki zwyczajny parafialny propinator! Zdziwilo mnie to okreslenie w jego ustach, lecz nim sie zdazylem odezwac, juz odszedl. Slyszalem tylko czlapanie po blocie i skomlenie psów, które go odprowadzaly jakos bardzo przyjacielsko. A nazajutrz, w samo poludnie, przebrawszy sie odpowiednio, aby nie zwracac na siebie uwagi, kazalem zalozyc do bryczki fornalska, mocna szkapa i pojechalem. Przed karczma stal wóz, zaprzezony w siwka, i siedzialo dwóch chlopów, a skorom dojechal i chcial wyminac, ruszyli przodem, nie zwracajac na mnie najmniejszej uwagi. Drogi byly okropne, wyboiste i podobne do dna bagnistych rzek. Jechalismy noga za noga, omijajac wsie i takimi kretymi wertepami, ze po jakims czasie zupelnie przestalem sie orientowac. A wbrew moim przewidywaniom, dzien byl bardzo piekny, prawdziwie wiosenny, swiecilo slonce, spiewaly skowronki, polsniewaly szeroko rozlane wody na lakach, a miejscami, na cieplejszych gruntach, juz ruszaly oziminy. Przed jakas wsia ogromna, nad która wynosily sie zielone kopuly cerkwi, przystaneli moi przewodnicy, a jeden zawolal do mnie: – Na koncu wsi, po prawej rece, ostatnia chalupa. Skrecili na boczna drózke, a ja smialo wjechalem do wsi. Na drodze, z obu stron obudowanej domami, bylo pelno kaluz, przedswiatecznego rwetesu i psów, które mnie przeprowadzaly zajadlem szczekaniem. Przed cerkwia, przerobiona z kosciola, stal straznik, przygladajacy mi sie tak uwaznie, ze mimo woli zacialem konia do pospiechu. Zauwazylem tez, ze z wielu domów wyjezdzano w pole z plugami a bronami na wozach, co wydalo mi sie dziwnem, gdyz grunty mieli niskie i jeszcze wszedzie po bruzdach siwialy stojace wody. Pod jakims domem, na kupie bali siedzialo paru chlopów, i kiedym ich wymijal, podniesli sie, rzucili mi „Pochwalony” i pociagneli za mna. Wies ciagnela sie ze dwie wiorsty, i kiedym sie wreszcie znalazl na koncu i zaczalem sie rozgladac za ostatnia chalupa, jeden z chlopów, idacych za bryczka, powiedzial pólglosem: – Straznik idzie za panem! Trzeba skrecic na prawo, przejechac kolo chalupy, a zawrócic za budynkami kolo stodoly! – I przeszedl, nie zatrzymujac sie ani chwili. Zjechalem na bok. Waska drózka, obsadzona gesto wierzbina, wiodla obok wielkiego domu, stojacego w takim gaszczu drzew, iz ledwie majaczyly bielone sciany i poszycia dachów. Obejrzalem sie nieznacznie: straznik przyczail sie na skrecie, pilnie mnie spoza drzew obserwujac, a chlopi maszerowali gesiego ku lasom niedalekim. Podjechalem blizej, wypatrujac juz z pewna niecierpliwoscia jakiego badz wjazdu. Ale caly dom wydal mi sie jakby opuszczony, okna mial zasloniete slomianemi matami, drzwi zawarte i brame w plocie zamknieta na klódke, a chociaz bardzo glosno popedzalem konia i trzaskalem z bata, nikt sie nie pokazywal, nawet pies nie zaszczekal. Az dopiero, kiedy skrecilem za stodole, otwarly sie naraz jakies wrota i, skorom w nie wjechal, zatrzasnely sie natychmiast, zas stary, siwy chlop, który mi otwieral, rzekl dobrotliwie: – Konia mozna postawic pod szopa. – I poszedl, nie troszczac sie o mnie wiecej. Stalo juz tam kilka tegich mierzynków. Poszedlem z ochota. W izbie bylo prawie ciemno, zasloniete okna przesaczaly bardzo malo swiatla, ale w...




