Korczak | Koszalki-opalki | E-Book | www2.sack.de
E-Book

E-Book, Polish, 250 Seiten

Reihe: Polish classics

Korczak Koszalki-opalki


1. Auflage 2018
ISBN: 978-87-26-09054-3
Verlag: SAGA Egmont
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark

E-Book, Polish, 250 Seiten

Reihe: Polish classics

ISBN: 978-87-26-09054-3
Verlag: SAGA Egmont
Format: EPUB
Kopierschutz: 6 - ePub Watermark



Kosza?ki - opa?ki to zbiór felietonów pisanych przez Janusza Korczaka na prze?omie XIX i XX wieku. Ukazywa?y si? one na ?amach satyrycznego magazynu 'Kolce' pod pseudonimem Hen i stanowi? zwierciad?o mieszcza?skiej spo?eczno?ci ówczesnej Warszawy. Ci?te uwagi i lekki styl tworz? b?yskotliw? wypowied? o sprawach istotnych równie? wspó?cze?nie. Idea?y bliskie Korczakowi: sprawiedliwo?? i równo?? w traktowaniu drugiego cz?owieka s? uniwersalne dla ka?dej epoki.-

Janusz Korczak, w?a?c. Henryk Goldszmit (1878-1942) - prozaik, publicysta, pedagog, autor powie?ci i opowiada? dla dzieci i m?odzie?y. Popularyzowa? wiedz? pedagogiczn? i psychologiczn?, ??da? prawa dziecka do szacunku, zrozumienia i mi?o?ci. Zgin?? w hitlerowskich obozie zag?ady w Treblince, dobrowolnie towarzysz?c swoim wychowankom z ?ydowskiego Domu Sierot.Autor m.in powie?ci: 'Dzieci ulicy', 'Dziecko salonu', 'Spowied? motyla' oraz utworów skierowanych do dzieci m.in.: 'Król Maciu? Pierwszy', 'Król Maciu? na wyspie bezludnej', 'Kajtu? Czarodziej'.
Korczak Koszalki-opalki jetzt bestellen!

Autoren/Hrsg.


Weitere Infos & Material


Blazen


Przez tydzien caly glosily jaskrawe afisze o niebywalym wystepie blazna, ulubienca stolicy jedynego w swoim rodzaju.

Magnaci, hulacy, robigrosze, urzednicy, dziennikarze, artysci, pracownicy i prózniacy, cnotliwi i hultaje, ich zony i kochanki, caly Paryz zgromadzil sie w cyrku — mrowiem glów, kapeluszy z piórami, mundurów, palt i lornetek.

Zalegli loze, krzesla, galerie dwóch pieter, amfiteatr caly, od areny w góre, kolami az do sufitu.

Program w szybkim tempie zbliza sie ku koncowi.

Antrakt. Kon tresowany. Dzwonek… Silacz. Gimnastyk. Znów pauza. Dzwonek… Szmer. Cisza.

Wychodzi oczekiwany. Na piasek areny rzuca niedbale bialy kwadrat dywanu. Siada, w stroju blazenskim, lokcie wsparl na kolanach, na dloniach czolo i zastygl.

Ktos pierwszy uderzyl w dlonie, ktos drugi klasnal w rece, ktos trzeci, dziewiaty, dziesiaty i wszyscy zaczeli bic brawo, zerwal sie huragan oklasków i okrzyki nawolywania.

Blazen siedzial pochylony, nieruchomy na dywanie areny, czolo wsparlszy na dloniach, i ani sie dziwi, ani dziekuje — zamarl w zadumie.

Zamilkli i oni: magnaci, hulacy, robigrosze i dziennikarze, cnotliwi i hultaje, ich zony, córki i kochanki — zamilkli i czekaja.

Czekaja.

Zaczeli sie niecierpliwic, w duchu, potem w szmerze cichym, potem glosniej i glosniej, wolajac, zlorzeczac i rozkazujac.

Bija laskami w podloge, uderzaja lornetkami o porecze, tupia nogami i krzycza.

Blazen wstal.

Cisza.

Wyprostowal sie, rece w tyl zlozyl i pogladal na widzów: na cnotliwych i szubrawców, ich zony i kochanki. — Blazen wodzi czarnymi oczami — chlodno i stanowczo — patrzy na tych, którzy w lozach parterowych, obraca sie powoli i na kazdego z osobna, potem na tych, którzy w krzeslach pólkolem, rzad po rzedzie, potem na tych, którzy wyzej i wyzej, na wszystkich uczciwych i nicponiów, po kolei, na kazdego z osobna — coraz to o stopien wyzej, a do sufitu.

I poczal sie smiac.

Smial sie zrazu glosno i pogodnie, dlugim pasazem smiechu. Potem ciszej, smiechem stlumionym, dyskretnym. Potem calym gardlem wyrzucil kaskade zjadliwego smiechu. To strzelil pojedynczym tonem, to tonal w dzwiecznych akordach.

Rozesmial sie pierwszy, drugi, dziewiaty i dziesiaty, i wszyscy robigrosze, i kobiety, i utracjusze, i wlasciciele browarów, i aktorzy, i malarze, i urzednicy, lokaje i sam dyrektor cyrku, wszyscy sie smieja wraz z blaznem.

A on zatacza sie, smiejac, glowa trzesie, rekami wywija, biega i kreci sie w kólko, uderza sie w czolo, w plecy, klepie po brzuchu, przysiada, przegina, podskakuje, pada na dywan, tacza, zrywa sie, by znów upasc, wije sie w smiechu kurczowym, wyje, szaleje.

Bajeczny! niezrównany!

Oklaski mieszaja sie z porywem radosci, halas rosnie, wybucha i milknie, zrywa sie wichrem i bije o sciany, opada i wznosi, szarpie, dusi, kaleczy…

A blazen nowe tony wplata do smiechu, dziwne, nieznane, niemile.

Tlum bez lornetek patrzy, brwi wznióslszy do góry i slucha.

I jeden jek swisnal w smiechu blazna. I sam sie zdziwil, wstal, wsluchal. I znów sie smieje, ale wszyscy milcza. I znów sie smieje, ale sam tylko jeden.

Blyskawica spojrzenia objal w zdumieniu widzów: magnatów, hulaków, robigroszów, dziennikarzy, urzedników i artystów, pracowników i prózniaków, lotrów i cnotliwych, skapców i glupców, i leniuchów, i smiesznych, i nieszczesliwych, i kupców, i dobrze wychowanych, ich zony, córki i kochanki.

I zaplakal.

I wszyscy widzieli lzy.

I blazen plakal skarga, a potem smutkiem, a potem wspólczuciem, a potem gniewem, a potem litoscia.

Chwilami smiechem placz zalamywal, ale juz zaraz znów plakal.

Ktos pierwszy lzy poczul pod powiekami, zawstydzil sie i spojrzal w ziemie. Ktos drugi w kacikach oczu lzy poczul. Ktos trzeci czul, ze mu chlodne krople po goracych splywaja policzkach, ktos czwarty, ósmy, dwudziesty.

A blazen plakal, zawodzil.

Chustke kraciasta wyjal z kieszeni, oczy ociera, chlipce, placze coraz glosniej, jeczy, chwieje sie, przykuca, usta wykrzywil, mocuje sie z bólem, wreszcie wybucha.

Pada na dywan areny, tarza sie, wije, skowyczy, powykradal dzwieki bolesne wszystkich zwierzat i króla-czlowieka.

I nikt juz sie teraz w tlumie nie wstydzil: ani fabrykanci cygar, ani akcjonariusze plantacji buraków, ani dziennikarze, ani ajenci1 policji sledczej, ani bankierzy, ani prokurenci biur komisowych, ani kasjerzy, urzednicy, nauczyciele, adwokaci, chemicy, ani przedsiebiorcy robót miejskich, ani komornicy, ani cnotliwi, ani nikczemni, ani ich córki, kochanki, zony, tesciowe i kuzynki.

Wszyscy plakali glosniej lub ciszej, lub bardzo glosno, niektóre kobiety z lóz, krzesel i amfiteatru drzaly w spazmach, a nawet mdlaly.

Nikt dobrze nie wiedzial, dlaczego za ukazaniem sie blazna bil mu oklaski, dlaczego mu potem zlorzeczyl, dlaczego sie smial do rozpuku, a teraz placze. Zarówno jak komornik nie wiedzial dobrze, czemu jest komornikiem, chemik, czemu jest chemikiem, nicpon, czemu jest nicponiem.

I po raz pierwszy o pulap cyrku tlukly sie lkania.

Az blazen zamilkl. Lzy otarl. Wstal. Wyprostowal sie w smiesznym stroju cyrkowego blazna i czekal.

I lkania publicznosci milkly, cichly, malaly.

I znów blazen objal ich wszystkich dumnym spojrzeniem zwyciezcy i posród duzego milczenia rzekl twardym glosem:

— A moze ja sie urodzilem, by byc Napoleonem Pierwszym?

W tejze chwili wszyscy zrozumieli, i zrobilo im sie paskudnie na duszy.

Chcecie wiedziec zapewne, co wszyscy zrozumieli?

Oto, ze urodzili sie, by byc czyms wiecej, niz sa. Nawet ludziom bardzo zamoznym, nawet dobrze wychowanym, nawet wysoko postawionym, nawet bardzo solidnym, nawet jedzacym ostrygi, nawet zonom i córkom bardzo szanowanych mezów i ojców, nawet dziennikarzom i kochankom milionerów, nawet prokurentom i cnotliwym, i nawet hultajom — rozumiecie? — wszystkim, zebranym w olbrzymim cyrku, wszystkim bez wyjatku, przyszlo na mysl, ze urodzili sie, by byc czyms innym, niz sa, czyms wyzszym, niz sa.

Moze przyszlo im nawet na mysl, ze urodzili sie na to, by...



Ihre Fragen, Wünsche oder Anmerkungen
Vorname*
Nachname*
Ihre E-Mail-Adresse*
Kundennr.
Ihre Nachricht*
Lediglich mit * gekennzeichnete Felder sind Pflichtfelder.
Wenn Sie die im Kontaktformular eingegebenen Daten durch Klick auf den nachfolgenden Button übersenden, erklären Sie sich damit einverstanden, dass wir Ihr Angaben für die Beantwortung Ihrer Anfrage verwenden. Selbstverständlich werden Ihre Daten vertraulich behandelt und nicht an Dritte weitergegeben. Sie können der Verwendung Ihrer Daten jederzeit widersprechen. Das Datenhandling bei Sack Fachmedien erklären wir Ihnen in unserer Datenschutzerklärung.